Dziś jest: sobota 19 sierpnia 2017 | Imieniny obchodzą: Bolesława, Juliana, Jana

Historia i legendy

Historia

Na staropruskim polu osadniczym "Wurmudyten" albo "Wormedythin" powstała w pierwszych latach XIV wieku osada. W dokumencie z 26 marca 1313 roku Orneta została określona jako miasto i tą datę należy traktować jako prawdziwy początek miasta.

Nazwa miasta wywodzi się ze staropruskiej nazwy pola - wormedythin, ale już w początkach XV wieku pojawiła się równolegle nazwa Orneta. Kronikarze z XV - XVI wieku piszą Wormditt, polnisch Orneta. W 1351 roku gmina miejska wykupiła urząd sołecki z rąk dziedziców pierwszego sołtysa i od tej chwili miastem zarządzała Rada Miejska, składająca się z sześciu rajców i dwóch burmistrzów. Do I rozbioru Polski Ornetą zarządzali biskupi, a administrowali nią Krzyżacy.

W roku 1772 po podpisaniu w Petersburgu konwencji rozbiorowej państwa polskiego, Orneta została włączona w granice Prus Wschodnich, i w tych granicach pozostała do 1945 r. W czasie XIX w. Ornetę nękały liczne klęski żywiołowe w postaci pożarów i wojen jednak nie omijały jej i nowinki techniczne. W 1868 roku włączono Ornetę do sieci telegraficznej, a na początku XX wieku do sieci telefonicznej. Miasto otrzymało połączenie kolejowe z Olsztynem, później Pieniężnem, Morągiem i Lidzbarkiem Warmińskim. Światło elektryczne zapłonęło w Ornecie w 1901 roku. W 1945 r. miasto liczyło ok. 7.000 mieszkańców.

Orneta ma też swoją legendę - "wieki temu żył w Ornecie smok. Był to potwór pożerający nie tylko zwierzęta. Ofiarą padały również kobiety i dzieci. Wielu rycerzy, którzy próbowali uwolnić miasto od tej klęski, padało w walce, aż wreszcie jednemu z nich udało się zabić smoka." Reminescencje tej legendy znalazły odbicie w herbie miasta. Najstarszy wizerunek herbu Ornety znany jest z pieczęci na dokumencie z 1388 roku. Przedstawia on smoka gryzącego się w ogon. W otoku pieczęci zachował się fragment napisu "S.BV... MDIT." Na pieczęciach z XV wieku , sądowej z XVI wieku i pieczęci sekretarza miejskiego z XVIII wieku przedstawiony jest smok zwinięty, leżący na grzbiecie.

 

 LEGENDY ORNETY

Legenda o smoku
Nikt dziś nie wie dokładnie, kiedy miały miejsce zdarzenia, o których informuje nas legenda o smoku. Być może, że wcale tu smoka nie było, że to ktoś inny krył się pod tym symbolem, że ktoś inny, a nie żaden potwór był na tych terenach wobec ludzi i zwierząt okrutny, krwiożerczy, groźny. Coś tu jednak być musiało, skoro podobnie jak w Krakowie i w innych miastach mówiło się w Ornecie o istnieniu ziejącego ogniem smoka i prowadziło się z nim przedziwne boje.
Przeto zakładamy że był w Ornecie smok, że był okrutny i groźny, że go unieszkodliwiono i jako symbol do herbu miasta wprowadzono.
Stałym siedliskiem orneckiego smoka była głęboko pod ziemią ukryta, a znajdująca się dokładnie w miejscu, w którym do dziś stoi zabytkowy ratusz – olbrzymia pieczara. Wyjście tej pieczary prowadziło w kierunku kościoła św. Jana, a jej zygzakowaty i obszerny korytarz opadał głęboko w kościelne podziemia. Strzępy tego podziemnego korytarza, choć mocno zagruzowane i niedostępne – istnieją do chwili obecnej.
Ornecki smok – powszechnie nazywany – potworem – był ponoć niezwykle brutalny i żarłoczny. Kroniki podają /Fr. Buhholtz – „Vonnditt”/, że ofiarą jego żarłoczności najczęściej padała trzoda chlewna, ale pożerał też i ludzi, kobiety, dzieci, starców, a nawet obytych z niebezpieczeństwem i wsławionych w boju rycerzy – potykających się z potworem z bronią w ręku. Nie było dnia, a nawet godziny, by straszliwa paszcza orneckiego potwora nie ociekała krwią, by jakiś zaskoczony człowiek, dorodna dziewczyna, tłusta owca nie znikła na zawsze w jego potężnej gardzieli. Istnienie tego strasznego żarłoka było niezwykle wielkim ciężarem nie tylko dla mieszkańców Ornety, ale i dla ludzi wszystkich jej bliskich okolic. Smok nie wybierał i nikogo nie legitymował. Pożerał wszystko, co udało mu się pochwycić w jego ostre szpony i długie kły. Nic tedy dziwnego, że był on postrachem wielu nawet najodważniejszych obywateli, ludność nie miała tu bowiem ani chwili wytchnienia. Kiedy wreszcie już miara cierpienia i strachu się przebrała – co śmielsi mieszkańcy miasta przystąpili do nieubłaganej walki. Z czasem doszło do tego, że wszystko, co żyło w świecie ludzi, prowadziło nieubłaganą wojnę z tą niepospolitą i groźną bestią. Korzystano z najróżniejszych chwytów, przemyśliwano najdziwniejsze sposoby. Próbowano smoka spalić, otruć, zatopić, zasypać kamieniami i ziemią. Na darmo walkę ze smokiem prowadziły nie tylko grupy zwykłych śmiertelników, mieszkańców osady, ale i wybitne jednostki stanu rycerskiego, a nawet całe ich świetnie uzbrojone zastępy „mężów niepokonanych w żadnym boju”. Zawsze jednak dokonywało się to bez skutku i najczęściej z utratą życia śmiałków, którzy pokusili się na „rozprawę z potworem”.
Ale jak wszystko, tak i życie smoka miało swój kres. Oto, kiedy nikt nie mógł już tej gadziny pokonać, a ta, stale drażniona była coraz bardziej okrutna, przybył do Ornety jakiś nieznany rycerz na koniu z wielką kopią w dłoni. Z rozmów wylęknionych ludzi dowiedział się, że żyje w tej osadzie groźny smok, że wyrządza ludziom bardzo duże krzywdy i spustoszenia i - jak dotąd - nie ma siły, która mogłaby go pokonać. Nie zwlekając długo wspomniany już rycerz poprawił swoją zbroję, mocniej przytwierdził siodło do grzbietu konia, a siebie do niego i … ruszył do boju ze znienawidzoną gadziną.
Kiedy stanęli naprzeciw siebie, ludzie byli tak zaaferowani, że nikt nawet mówić się nie ośmielał. Wysadziwszy z pieczary swój groźny łeb smok raz po raz otwierał ziejącą żywym ogniem paszczę i ryczał przy tym, tak strasznie świdrując śmiałka na koniu swoimi płomiennymi ślepiami, że ladzie truchleli z przerażenia. Długo tak stali naprzeciw siebie: gotowy do śmiertelnej walki nieznany rycerz i ornecki smok. Ludziom obserwującym z ukrycia to niebywałe zjawisko wydawało się, że chyba żaden z nich się nie odważy, że walka się nie odbędzie, że rycerz się z niej wycofa; a byłoby to naprawdę okropne. Wszystkim chodziło tu nie tyle o pasjonujące widowisko, ile o uzyskanie spokoju. Stali przeto wszyscy w wielkim skupieniu i z całego serca życzyli jeźdźcowi zwycięstwa.
Kiedy tak rozmyślano smok nagle poderwał się i gwałtownym skokiem rzucił się w kierunku rycerza. Ten jednak nie dał się zaskoczyć. Błyskawicznie nastawił swą długą kopię i ugodził smoka tak celnym ciosem, że ten raz jeszcze zawył przeraźliwie, gwałtownie podciągnął pod siebie swój wielki ogon, wspiął się w górę i … jak gdyby chciał dokonać jeszcze jednego skoku runął bezwładnie na ziemię. Olbrzymim jego cielskiem długo jeszcze targały konwulsje i śmiertelne drgawki. Nie zapowiadało to już jednak żadnej grozy, choć ludzie wcale jeszcze nie chcieli uwierzyć w to, co się tu przed chwilą stało i bardzo bojaźliwie przybliżali się do miejsca potyczki. Śmierć tego niezrównanego olbrzyma i krwiopijcy – była niezwykle wielkim wydarzeniem w życiu wszystkich mieszkańców miasta i jego okolic. Nic tedy dziwnego, że bardzo tłumnie zebrali się wokół potwora i na głos podziwiali i wielkość smoka, i męstwo rycerza. Trudno im było uwierzyć, jak człowiek ten mógł jednym ciosem zniszczyć istotę, której przez tyle lat nie mogli pokonać nawet najprzedniejsi mistrzowie oręża. Rycerz tymczasem powolutku wydobył się z kręgu zgromadzonych przy ciele smoka tłumów i odjechał w nieznanym kierunku. Kiedy się opamiętano i zaczęto go poszukiwać, by obdarować go za tak wspaniały czyn, już go w Ornecie nie było.
Istnieje przypuszczenie, że owym nieznanym rycerzem, który ocalił setki ludzi i zwierząt od zagłady, był powszechnie uwielbiany rycerz Jerzy. Czy tak było naprawdę – nie wiem. Ja przy tym nie byłem, i proszę mi wierzyć niczego nie widziałem. Ale smoka się lękam i myślę podobnie, jak pan St. Żelazny, który w wierszu pt. „Ornecki smok” pisze:
    Z kręgu chaosu, bajecznych słów           Z podziemnych lochów, zaklętych
    Gdzie legendarny króluje smok              grot – znowu ognisty wynurza    
    Na światło dzienne wychodzi znów       łeb, By krew z nas sączyć jak
    Nasz, dudożerny – ornecki smok.          z myszki kot, Zżerać kobiety,
                                                                    dzieci i chleb.
    Jak przed wiekami, tak ludzie dziś   
    Na myśl o smoku- tracą głowy –             Nie wolno przeto nikomu z nas,
    i nic dziwnego, bo to nie miś                  Ze smokiem zaprzestać boju –
    Lecz nowy potwór atomowy.                 Trzeba do walki stanąć na czas
                                                                     O utrwalenie pokoju.
    Więc każdy, komu miły ten kraj
    Niech w rytm pokoju swój włącza krok
    Niech żyje szczęście, radość i …  maj,
    A atomowy niech ginie smok!

Z legendą o smoku wiąże się herb miasta. Znano go już w roku 1388. Jest to wyobrażenie smoka na srebrnej tarczy. Ziejący ogniem smok gryzie własny ogon.

 

 Legenda o kryształowej Li
Wywiodła się z żyznych ziem mazowieckich. Na chrzcie św. otrzymała dwa imiona: Liliana – Bogumiła. Była córką możnego pana i wszystko zdawało się wskazywać na to, iż jej życie nie zazna trosk, codziennych zmartwień i dotkliwego cierpienia. Jedynaczką będąc – od lat niemowlęcych była otaczana najwyższą rodzicielską czułością i opieką. Ulubienica mamy, oczko w głowie taty – była mała Li rozpieszczona i hołubiona w stopniu, w jakim nie było doglądane żadne dziecko tej krainy…
Poza wielką rodzicielską miłością i troską – wszechmocny Bóg obdarzył ją dobrym zdrowiem i niepospolitą urodą. Piękną i nadzwyczaj roztropną Li podziwiali i ubóstwiali wszyscy, szczególnie zaś służba Knezia Leszka, nazywając ją – urokliwą knezianką. Ta powszechna adoracja miała swe dobre i złe strony. Dobre, bo tworzyła dla Liliany bardzo korzystny rozwojowy klimat, a złe, bo wbijała ją w nieopisaną dumę.
Liliana była pogodna i szczęśliwa. Od lat najmłodszych uczono ją muzyki, tańca, śpiewu, efektownych towarzyskich manier, no i wszystkiego tego, co przystoi białogłowom jej nacji. Kiedy z młodego skrzata w dorodną dziewoję przeobrażać się zaczęła – chłopiąt się różnych i rycerzów wszelakich maści mnóstwo koło niej kręcić zaczęło. Tedy zaniepokojeni rodzice – nic tylko ją w sztukach białogłowskich zaprawiali, ale i w jeździe konnej, strzelaniu, tudzież biegłym władaniu bronią;. Nawet łacińskiego się i jakiegoś cudzoziemskiego, bodajże germańskiego, języka uczyła, by mogły jej one służyć w nieoczekiwanej potrzebie. A że pojętna i chętliwa do wszelkich ćwiczeń była wyniki tych poczynań były znakomite. Wydawało się, iż niebo i ziemia sprzysięgły się, by nadobnej Lilianie służyć.
Jednak, jak w niemal każde ludzkie życie, tak i w życie pięknej knezianki wmieszał się zły los. Najukochańszego ojca jak w czeluść straszliwą i bezdenną wchłonęła wojna. Najpierw przeciw zapalczywemu i przewrotnemu Krzyżactwu, potem przeciw Prusakom skierowana, z której nie wrócił. Matka zaś, Eleonora /idąc za swą piękną córką nigdy dotąd nieznaną, ciernistą drogą/ „najpierw wszelakiej godności i majętności pozbawiona została, a potem na ziemie Prus wschodnich /karnie/ ją wywieziono” I … „byłyby tu pewnikiem w poniżeniu, hańbie i nędzy zginęły gdyby nie ich nadzwyczajna przebiegłość i Liliany powab okrutny”.
Los rzucił je na Warmię, ściślej do miejscowości, którą z germańska nazywano Wormditt, a od wieku XV także Orneta. Po paroletnich wzdychaniach za utraconym rajem – różnych perturbacjach i upokorzeniach – panią Lenę, matkę Li, która mimo wielu przeżyć niewiele utraciła ze swego kobiecego wdzięku, zainteresował się bardzo zamożny kupiec, właściciel orneckiej fabryki tytoniu i tabaki, by się z czasem z nią ożenić, zaś o rękę Liliany ubiegało się tak wielu zalotników, iż było to zadziwiające nie tylko tu w Ornecie, lecz na całej chrześcijańskiej Warmii.
Dziewczyna, mieszkając w narożnikowym domu z balkonem /dziś zbieg ulic Sienkiewicza i Kościuszki/ – bawiła się tą adoracją, odbierała liczne i bogate prezenty, chętnie chadzała na /w mieście całym głośne/ zabawy i tańce, zwłaszcza w okresie hucznych karnawałów, ale … swego wianeczka tak pilnie strzegła, że nawet największe z panieńskich pokus Jej od takiego postępowania odwieść nie były w stanie.
Mając określone wychowanie religijne i mocno zaszczepioną miłość do wszystkiego, co polskie i narodowe  – za żadnego cudzoziemca wyjść nie chciała, a wianeczek swój dziewiczy nie byle chłoptysiowi czy kupczykowi, a tylko wybrankowi ulubionemu krwi polskiej oddać była gotowa. Taką tedy będąc – za złe matce swojej poczytywała fakt, iż się z niepewnym jakimś tubylcem na ślubne kobierce udała i … z kretesem przepadła. Mężczyzn bez względu na dostatek, wiek i urodę przy sobie nie akceptowała, chyba że realizowali jakieś jej chwilowe kaprysy. Byli dla niej tylko przedmiotem godziwych uciech.
Nie wierzyła żadnemu, nawet najczulszemu, najszczerszemu słowu. Nie dopuszczała do zbliżeń nawet jej najbardziej zapobiegliwych, z anielską cierpliwością i zupełnie oddanych wielbicieli. I chyba dlatego tu w Ornecie nazywano ją – Kryształowa Li, Skalisty szał, Brylantowa Wenus, a najczęściej: Stróżka cnoty lub Dumna Knezianka. To ostatnie określenie pasowało do niej najbardziej.
Zginęła tragicznie w 57 roku życia. Zdarzyło się, iż wśród swych rozrywkowych eskapad – poznała młodego mężczyznę, który okazał się być synem jakiegoś polskiego powstańca. Obdarzyła go wyjątkową sympatią i długo hamowanym uczuciem. Jej licznym adoratorom nie spodobała się jednak taka gra. Jeden z najbardziej nieustępliwych i zazdrosnych – wyzwał Łukasza na pojedynek. Dowiedziawszy się o tym – dumna i twarda Li zjawiła się konno na polu walki. Przeciwnicy użyli broni palnej. W chwili strzału swym rozkochanym ciałem – zasłoniła Łukasza. Trafiona kulą – zginęła na miejscu. Był to w okolicach Omety ostatni honorowy pojedynek. Pogrzeb Kryształowej Li był swoistą manifestacją tutejszych niewiast.
Szczególnie licznie uczestniczyły w nim kobiety z Babiaka. Na cześć dzielnej obrończyni polskości, kobiecego honoru i dziewczęcej godności na domu przeznaczonym jej jako cząstkę wiana – wykonano wizerunek dziewczyny z głową umieszczoną w zestawie elementów herbowych i rękami unoszącymi ku niebiosom dziewiczy wianek.
 

 

Legenda o kościotrupie
Dawno, bardzo dawno temu w wieży orneckiego kościoła został żywcem zamurowany grzesznik straszliwy.
Legenda głosi, że był nim pięknie zbudowany, wysoki i bardzo urodziwy mężczyzna. W chwili gdy go pojmano i wtrącono do wieży – nosił na sobie strój zakonny , co świadczy, iż był on jednym z wielu przebywających tu podówczas braci Zakonu Krzyżackiego.
W wieży kościelnej zamurowano go żywcem dlatego, że oprócz innych ciężkich grzechów – bardzo dotkliwie skrzywdził jedną spośród wielce podówczas szanowanych sióstr zakonnych.
Długo męczył się i straszliwie cierpiał ten niepoprawny mnich. Gdy zakończył już swoje nędzne życie – ciało jego zepsuło się i rozpadło, resztki skóry poprzysychały do kości i w stanie niezmiennym pozostał tylko potężny szkielet, który oparty o dolną część jednego z wielu wieżowych okienek – szczątki owych zeschłych rąk wystawiał na zewnątrz i powszechnie znany był jako „Kościotrup”. Że zaś o życiu i czynach tego nędznika krążyły po okolicach najdziwniejsze wieści; „Kościotrupa ” bali się wszyscy.
Kronikarze mówią, że w owym czasie niełatwo można było spotkać, śmiałka, który bez objawów panicznego strachu mógłby się w nocy przechadzać ulicą Kościelną lub w jakimś celu znaleźć się w pobliżu kościoła. O istnieniu „Kościotrupa” w wieży – wiedzieli i starzy i młodzi, ba, wiedziały o nim nawet malutkie dzieci, bowiem zachowując się źle – niejeden raz od swoich nianiek i mateczek słyszały: „No, tylko wy nie bądźcie grzeczne – to zaraz wezwę tu kościotrupa, a on was już na pewno uspokoi”. Był tedy „Kościotrup” i punktem powszechnego zainteresowania i jeszcze bardziej powszechnego strachu. Nic więc dziwnego, że nawet starzy, zaprawieni w bojach rycerze i znani z odwagi, bitności, a także niezwykłych fortelów – przygodni wesołkowie – bardzo niechętnie przebywali wieczorem w pobliżu murów orneckiego kościoła.
Wróćmy jednak do dalszych zdarzeń.
Oto w pobliskim sąsiedztwie wspomnianego już wyżej kościoła, dokładnie w tym samym miejscu, gdzie po wyzwoleniu mieściła się kawiarnia „Ratuszowa” – stała bardzo przestrzenna i okazała karczma. Pracowała w niej młodziutka, bardzo urodziwa i odważna, ale niezwykle gadatliwa, rozkapryszona i lekko prowadząca się szynkareczka.
Pewnego razu wieczorem we wspomnianej karczmie zgromadziło się mnóstwo najrozmaitszych gości. A że i jedzenia i picia było tu pod dostatkiem – wszyscy czuli się znakomicie. Kiedy sobie już dobrze „podochocili” – zaczęto dowcipkować, to i owo sobie przygadywać, głośno się śmiać i, jak to zwykle w takich okolicznościach bywa – opowiadać sprośne kawały lub niebywałe historie – zaistniało coś, co zupełnie w tym dniu zmieniło naturalny bieg karczemnych zdarzeń.
Oto – gdy zaczęto się tu głośno przechwalać, gdy każdy na swój sposób zaczął mówić o różnych zjawach, upiorach, groźnych duchach, czarodziejach, ludzkich lękach i cierpieniach – zza szynkwasu wysunęła się niezwykle owymi opowieściami podniecona szynkareczka i nie zważając na swój młody wiek – głośno wszystkim zebranym oznajmiła:
„Ja tam nie boję się niczego i w żadne upiory, strachy ni duchy nie wierzę”.
Na to jawne wyzwanie – jeden spośród zebranych w karczmie gości wstał ze swego miejsca i z niemałym szyderstwem w głosie oświadczył: „Żal mi Cię moja mała ślicznotko, ale słowom twoim dam wiarę wówczas dopiero, gdy sama /bez niczyjej asysty/ udasz się do tutejszego kościoła, wejdziesz na wieże, zabierzesz z niej „Kościotrupa” i sprowadzisz go tu do tej karczmy.” A warto dodać, że w chwili, w której nieznajomy wymawiał te słowa – była już późna noc, na podwórku królowały nieopisane ciemności. Wszystkim zebranym w karczmie gościom bardzo spodobał się pomysł i nie tylko go skwapliwie poparli, ale też obiecali odważnej dziewczynie dać dobrą zapłatę. Każdy z obecnych – był świecie przekonany, że barmanka nigdy nie zdobędzie się aż na tyle odwagi i „Kościotrupa” na pewno do karczmy nie przyniesie.
Tymczasem stało się zupełnie inaczej. Wbrew ich złudzeniom – dziewczyna bardzo szybko się na ten czyn zdecydowała i ruszyła w drogę. A w karczmie zrobiło się tak cicho, iż niektórym zdawało się, że słyszą w powietrzu głośne brzęczenie much. Jednych zadziwiała zuchwałość i odwaga dziewczyny, drugich obleciał jakiś niepohamowany lęk i uczucie nagłej trwogi, a niektórzy mocno zastanawiali się nad tym, co też to z tego wszystkiego wyniknie. Nastrój był niezwykły i przygnębiający. Wielkie natężenie uwagi i skupienia odmalowało się na wszystkich twarzach. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo oto ku nieopisanemu zdumieniu zebranych gości – do karczemnej izby wtargnęła ze swym niezwykłym trofeum na ramieniu – niebojaźliwa szynkareczka i … uśmiechając się szyderczo – złożyła „Kościotrupa” na jednym ze stojących w pobliżu stołów. Kiedy to uczyniła – wszyscy stanęli jak wryci. Przerażenie i podziw były tak wielkie, że w tej /do niedawna jeszcze rozśpiewanej i hałaśliwej karczmie/ – nastała idealna, grobowa cisza. Gdyby ktoś postronny zajrzał teraz do karczmy, to mógłby odnieść wrażenie, iż wszyscy się tu pozamieniali w głazy lub że ktoś na nich urok rzucił.
Niemało czasu upłynęło nim odważono się parę z ust wypuścić. Barmanka triumfowała. Kiedy jednak to pierwsze wrażenie minęło – ogarnięci panicznym strachem uczestnicy i obserwatorzy tej niezwykłej przygody – poczęli błagać rozbawioną tym zajściem dziewczynę, aby się ulitowała nad nimi i z powrotem swego gościa na jego dawne miejsce do kościelnej wieży zaniosła. Przy czym nie tylko uznano śmiałość i niepospolitą odwagę szynkarki, ale obiecano jej podwoić zadeklarowaną uprzednio zapłatę. Nie tracąc tedy czasu na zbędną gadaninę i nie zastanawiając się zbyt długo – energiczna szynkareczka – chwyciła kościotrupa na ręce, zarzuciła go sobie na ramiona i bez najmniejszego nawet lęku – ruszyła z nim na dziedziniec kościelny. W karczmie długo jeszcze nie wracał pierwotny, pogodny nastrój. Zbyt mocne to było dla wielu gości przeżycie, by o nim można było szybko zapomnieć. Karczmareczka tymczasem weszła z Kościotrupem na wieżę, ustawiła go na dawnym miejscu i … zamierzała odejść. Wtedy jednak stało się coś, czego ta odważna dziewczyna nie przewidziała.
Oto Kościotrup nagle ożył. Zwrócił się gwałtownie w jej stronę, chwycił ją swymi kościstymi rękami i nieludzkim, grobowym głosem powiedział: „Ponieważ ośmieliłaś się zabrać mnie stąd, a tym samym wystawiłaś na publiczna pośmiewisko, czym mocnoś mnie po śmierci zbezcześciła – musisz mi teraz wyświadczyć pewną przysługę. Jeżeli nie uczynisz, co każę – koniec z tobą!”. Odważna dotąd dziewczyna – tak się tym niezwykłym obrotem sprawy przeraziła, że nie mogła słowa przemówić. Nogi się pod nią ugięły, ręce się trzęsły jak w febrze, a serce uderzało tak szybko i mocno, jak gdyby ktoś młotkiem w zeschłą pierś uderzał, kościotrup widząc, że dziewczyna nie protestuje – tak mówił dalej: „Za chwilę udasz się do kościoła, przy wielkim ołtarzu spotkasz ongiś młodą i jak ty śliczną zakonnicę. Z pewnością zastaniesz ją na kluczniku zatopioną w modlitwie. Przybliż się do niej i powiedz: żywcem w wieży zamurowany brat prosi Cię siostro o przebaczenie. Uważnie słuchaj jej głosu i przynieś mi odpowiedź”. Słysząc to polecenie karczmareczka drżącym głosem wyszeptała: „Jakże ja mam braciszku wejść o tej porze do kościoła – skoro wszystkie drzwi są pozamykane”. Idź bez obawy – rzekł jej na to Kościotrup – drzwi boczne są otwarte. Nie zapomnij o sumiennym wypełnieniu swego zadania!”. Cóż było robić? Zebrawszy całą swą odwagę – ruszyła dziewczyna na to dziwne spotkanie. Kiedy weszła do kościoła – zauważyła, że całe jego wnętrze oświetlone jest bardzo bledziutkim światłem, że panuje tu jakiś dziwny półmrok, a na najwyższych stopniach dużego ołtarza istotnie klęczy zakonnica. Zauważyła też, że i ołtarz i ona zawoalowane są na czarno, co najprawdopodobniej oznaczać miało żałobę lub wielki smutek. Z wielką trwogą podeszła do niej zalękniona karczmarka i, odezwała się w te słowa: „Kościotrup prosi Cię droga siostro o przebaczenie”. Przez długi czas nie było odpowiedzi, trwało przykre wyczekiwanie. Wreszcie barmanka usłyszała: „Ja mu tego nigdy nie wybaczę!”. Z tą odpowiedzią, możliwie jak najszybciej, dziewczyna udała się na wieżę, by tę wieść przekazać braciszkowi. Ten usłyszawszy odpowiedź negatywną – dwa razy jeszcze posyłał barmankę do siostry. Gdy to czynił trzeci raz – powiedział: „Proś siostrę, by mi winy moje przebaczyła w imię pięciu ran Chrystusa”. Gdy dziewczyna postąpiła – jak kazał – usłyszała: „To ja mu przebaczam”. Uradowana pomyślną odpowiedzią – zauważyła, iż udzieliwszy jej odpowiedzi – siostra znikła. Powiedziała o tym braciszkowi na wieży. Wówczas rozjaśniło się w uśmiechu i szczęściu jego oblicze i oznajmił: „Bardzo Ci jestem wdzięczny! Z godnością i odwagą wypełniłaś moje polecenie i swój obowiązek. Jestem Ci winien tę oto informację – Rozmawiałaś z umarłym. Życie twoje było nieobyczajne i niemoralne. Jesteś – jak ja – wielką grzesznicą. Postaraj się poprawić, zacznij żyć pokornie i godnie, proś stwórcę o wybaczenie, bo nie minie trzy tygodnie, gdy ciało twoje spocznie na katafalku”. Gdy to powiedział – zniknął i do dziś w kościelnej wieży nie ma po nim śladu. Barmanka nie wróciła już do karczmy, by się chełpić sukcesem i odebrać nagrodę. Jak błędna – udała się do rodzinnego domu. Zaczęła dniami i nocami modlić się, nie mogła ani jeść, ani spać. Straciła energię, urodę, świeżość i dawną zapalczywość. I stało się /jak jej przepowiedział kościotrup/ zmarła, pogodzona z ludźmi, światem i wolą bożą. Jej pogrzeb był w mieście wielkim wydarzeniem.

 

Dąb warmiński
Jedną z najbardziej oryginalnych postaci, jakie w swej bogatej przeszłości posiada Orneta jest bez wątpienia „zatwardziały sarmata” ks. Franciszek Zygmuntski. Zamożny, dobrze zbudowany i starannie wykształcony – był Zygmuntski w Ornecie dziekanem. Na stanowisku tym utrzymywał się dość długo dzięki bardzo dużemu sprytowi, niezwykłej zapobiegliwości i umiejętności prowadzenia administracji.
Obowiązki duszpasterskie nie przeszkadzały mu w interesowaniu się miastem, jego zabudową, rozwojem oświaty i kultury. Poza wielką oryginalnością życia był on istotą niezwykle stanowczą i konsekwentną. Nie lubił ludzi, którzy mu się sprzeciwiali, którzy nie podzielali Jego stanowiska, czy poglądów.
Gdy doszedł do wniosku, że jego żądania, przedsięwzięcia i postulaty są słuszne bronił ich z wielkim uporem i zawziętością. Bywały chwile, że jako argumentów używał swej dużej laski. Nic więc dziwnego, że swym zachowaniem, sposobem bycia i wystąpieniami budził powszechny podziw, szacunek lub bojaźń, zwłaszcza wśród tych, którzy bezpośrednio mu podlegali. Powszechnie zwano go – Dębem Warmińskim. Pomimo iż żył wśród Niemców, lekceważył ich i bardzo nienawidził.
W jego zdrowym i silnym organizmie mieszkał równie silny i niezłomny duch. Zygmuntski z bardzo dużym krytycyzmem odnosił się do wszelkich niemieckich zarządzeń, bez względu na to czy dotyczyły one spraw świeckich, czy kościelnych. Za wszelką cenę starał się o utrzymanie polskiej szkoły przy ul. Zamkowej, o możliwość głoszenia kazań w języku polskim, o propagowanie polskich obyczajów i tradycji narodowych.
By odpowiednio udokumentować swą antyniemiecką postawę bardzo niechętnie używał języka niemieckiego w mowie i w piśmie. Mówił i pisał przeważnie po łacinie. Język ten znał świetnie. W owych czasach uważano Zygmuntskiego za najdoskonalszego znawcę łaciny na całej Warmii. Wyrazem jego polskich przekonań i ostrego protestu przeciw germanizacji było noszenie klasycznego stroju francuskiego, takiego właśnie, jaki nosili podówczas biskupi polscy, nie zaś takiego jak nosili biskupi i księża niemieccy. Już objawy przekory, bezustanne wojny z magistratem i władzami kościelnymi kreowały Zygmuntskiego na wichrzyciela i podkopywacza niemieckich porządków, ale tym, co najbardziej wskazywało na jego antyniemieckie nastawienie było wielkie przywiązanie do polskiej tradycji narodowej.
Ileż to razy księdzu Franciszkowi czyniono zarzuty, że zbytnio pasjonuje się przeszłością i za dużo myśli o tym, co – zdaniem Niemców – już dawno przebrzmiało. Nie zrażał się tymi wymówkami Zygmuntski. Przeciwnie. Jako uosobienie przekory i protestu zadzierał z przedstawicielami władzy, nazywając ich młodzieńcami bez zdrowego rozsądku. Bronił polskości, szanował polską kulturę i narodową tradycję, pielęgnował ją w swej duszy i trwał przy niej do końca życia. Władze odpłacały mu za to obojętnością, niechęcią i tym, że nigdy go nie wyróżniono w żadnych awansach, a w roku 1852 rozwiązano mu dziekanat, zaś ornecką parafię przyłączono do Pieniężna. Był to niewątpliwie policzek, ale nie złamał on ks. Zygmuntskiego, nie zmusił go do pokory i uległości wobec Niemców. Jako człowiek dużego talentu i bystrego umysłu – nie pozwolił sobie ks. Zygmuntski na żadne ustępstwa, na żadne zginanie karku, a tym bardziej na ujarzmienie i tłumienie swych polskich upodobañńi przekonań.
Tak więc ten stary, urodzony w Braniewie w 1771 r. – Dąb Warmiński, nie złamał się pod naporem germanizatorskiej burzy, żyjąc pośród Niemców – zawsze myślał o Polsce, o jej zwyczajach, cierpieniach, o ukochanej ziemi, jaką brutalnie podeptał but zaborców. Zmarł w roku 1842. Pochowano go

AktualnościUrząd MiejskiMapa OrnetyHistoria i legendyMiasta partnerskieOgłoszenia i informacjeOświata, Kultura i SportFundusze EuropejskieKomunikacjaOpieka zdrowotnaWypoczynekGospodarka OdpadamiDecyzje ŚrodowiskoweFirmyInformacja turystycznaOrganizacje pozarządoweBezpieczne Miasto i Gmina OrnetaSołtysiPrzetargi i ogłoszeniaLinkiSesje Rady Miejskiej - materiał videoPolityka Jakości w Urzędzie MiejskimWydarzenia - Placówki Oświatowe i inneStrefa Przedsiębiorczości Umowy z UEJoannici - oddział miejscowy w OrnecieInwestycje, Remonty, Oferta InwestycyjnaMłodzieżowa Rada MiejskaCzyste powietrze